Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 6 października 2011

SAN IGNACIO

Nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego i któremu z nas najbardziej zależało na wizycie w tym miasteczku ;)

San Ignacio leży na południu prowincji Misiones i jest mikroskopijne. Naprawdę. Ale jest tam coś co przyciąga wielu turystów, a mianowicie ruiny misji jezuickich. Na początku XVII wieku w te tereny przyjechali Jezuici z Hiszpanii, żeby zająć się Indianami Guarani i zaoferować im pomoc w obronie przed najeźdźcami i w ogóle w poprawieniu jakości życia. Nie chcieli im narzucać swojego języka ani kultury - jedyne do czego zachęcali to przejście na monogamię i udzielali im slubów :) I chcieli stworzyć taką sielankę, żeby Guarani byli samowystarczalni i nie zapadali na żadne choróbska - ale jak wiadomo idealne systemy nie istnieją, żadna sielanka nie może trwać zbyt długo, po jakichś stu pięćdziesięciu latach Korona Hiszpańska zaczęła sobie rościć prawa do tych terenów, a w końcu wypędziła Jezuitów. Misje powoli zarosły dżunglą, a pod koniec XIX wieku zostały odnalezione, odchwaszczone i teraz można zwiedzać to co z nich pozostało.

Przecznica głównej ulicy w San Ignacio

centrum miasteczka


ruiny misji
ruiny misji

Rzeczywiście, robią niesamowite wrażenie, choć największe - po zmroku, kiedy to można podziwiać spektakl światła i dźwięku, wyświetlany bezpośrednio na murach ruin - ale to pokażemy jak załadujemy zdjęcia Ignaca, bo mój aparacik nie podołał czarnej nocy :)

A teraz chcemy jeszcze powiedzieć trochę o zapleczu turystycznym Argentyny, bo cały czas jesteśmy pod jego wrażeniem.
[iGnac: Po tym jak zwiedziliśmy San Ignacio, ruszyliśmy dalej do Salty. To kolejna 19 godzinna podróż w piętrowym autobusie z wielkimi siedzeniami. Zamiast 4 miejsc w 1 rzędzie są tylko 3 - cztery by się nie zmieściły :-) Dodatkowo kawka, herbatka, kolacja na ciepło, ciasteczka, krakersy i dżem. Aaa i rozczulił mnie pan kiedy wieczorem po kolacji zaproponował nam kubeczek wina lub whiskey.. Ale najbardziej zaskoczyło nas to, że na pokładzie autobusu był bezprzewodowy internet. Mogliśmy zatem popatrzyć co tam na facebooku, przeczytać polską gazetę. Jedyne ograniczenie to bateria w komputerze :-) Mimo, że spaliśmy przez część podróży to jednak udało nam się zaobserwować zmieniający się krajobraz. I tak pożegnaliśmy czerwoną ziemię prowincji Misiones, palmy i wilgotne powietrze. Podróżowaliśmy przez otwarte równiny, pełne pasących się krów i koni. W nocy przejeżdżaliśmy przez jakieś mikromieścinki. Pamiętam nawet, że jak się obudziłem raz to zobaczyłem 3 świnie przechodzące przez drogę przed nami. Rano pojawiły się już krajobrazy górskie. Kaktusy, suche drzewa, inny świat. Około 10 dotarliśmy do Salty. Jest ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco, jesteśmy właśnie w hostelu i ogarniamy się nieco po podróży. Zostaniemy tu 3 dni. Podobno Salta jest ulubionym miejscem turystów w Argentynie. Klimat miasta z knajpkami, barami, folkową muzyką graną na żywo bardzo wszystkim odpowiada. Zobaczymy:-) Mamy w planie zobaczyć kilka muzeum, ciekawych budynków i barów...]


Pozdrawiamy!
K&iG.

wtorek, 4 października 2011

IT'S A JUNGLE OUT THERE!


Nadrabiamy zaległości w pisaniu - zaległości nie z naszego lenistwa, tylko żywcem z braku czasu i z braku sił po oglądaniu wszystkiego. Wczoraj i dziś pogoda była piękna i słoneczna, więc korzystaliśmy ile się da. Wczoraj nasza zapoznana przez couch surfing koleżanka Ivana zabrała nas do ogrodu La Aripuca, czyli 'pułapka'. Dawno temu Indianie Guarani, którzy zamieszkiwali tutejszą dżunglę, żeby zdobyć coś do jedzenia zastawiali w lesie zmyślnie skonstruowane pułapki. Dziś już tego nie robią, ale jakiś fascynat ich kultury otworzył niedaleko Puerto Iguazu ogród, w którym postawił wielką replikę tej pułapki, wykonaną z pni lokalnych drzew. Ot, taka ciekawostka. Oprócz tego, że można sobie do niej wejść, można też zjeść lunch w restauracji w ogrodzie, a na deser lody o smaku Mate, a potem relaksować się w wiosennym słońcu.

prawdziwa pułapka


wielka pułapka z pni


ogród kolibrów


Ale to wszystko nic w porównaniu z dniem dzisiejszym. Nasz niefart pogodowy chyba się skończył i dziś spędziliśmy calutki dzień w Parque Nacional Iguazu, gdzie między innymi można podziwiać wodospady po stronie argentyńskiej. Zrobiliśmy chyba z milion zdjęć, ale narazie zamieszczamy tylko kilka (Ewa, będziesz sobie mogła choć tak wirtualnie porównać do Niagary :))









A po wielu godzinach łażenia od jednego wodospadu do drugiego, spróbowaliśmy poznać je od środka i wybraliśmy się na Aventura Nautica - krótką wycieczkę łódką i podpływanie pod wodospady, które nie pozostawiły na nas suchej nitki. Z przyczyn oczywistych nie robiliśmy wtedy zdjęć, ale z daleka wygląda to tak:



widzicie łódkę? :)

ostatnie zdjęcie przed prysznicem



i już po





Jutro jedziemy do San Ignacio oglądać ruiny misji jezuickich, a pojutrze wyruszamy w kolejną podróż fantastycznym argentyńskim samoloto-autokarem, do Salty.

Pozdrawiamy!
K&iG.

niedziela, 2 października 2011

CATARATAS!

Nawet w raju czasami pada. Ale my się tym specjalnie nie przejęliśmy i pojechaliśmy obejrzeć Cataratas Iguazu, czyli wodospady uznane za największe na świecie, pomiędzy Argentyną i Brazylią. Większa ich część leży po stronie argentyńskiej, więc lepiej je widać z drugiego brzegu rzeki - przejechaliśmy most i już byliśmy w Brazylii z kolejnymi pieczątkami w paszporcie :)
Właściwie to z tą pogodą i tak mieliśmy sporo szczęścia, bo udało nam się utrafić między jedną wielką ulewą, a drugą i mogliśmy podziwiać ten cud natury w lekkiej tylko mżawce.
Myślę, że zdjęcia będą lepsze niż słowa do pokazania tego piękna - choć oczywiście na żywo wygląda to sto razy lepiej :)
[iGnac] To jeszcze tylko moje dwa słowa. Kiedy byliśmy w Nowej Zelandii i widzieliśmy różne wodospady, trudno było zachwycić nimi Krysię. Powiedziała mi, że kiedy zobaczę TE wodospady to zrozumiem dlaczego już żadne inne nie robią na Niej takiego wrażenia.. I faktycznie przyznaję - jest to chyba najbardziej niesamowity widok jeśli chodzi o wodne krajobrazy. Chociaż słyszałem, że Niagara też jest piękna to jednak Iguazu jest największym kompleksem wodospadów (jeśli takiego określenia można użyć). Niesamowite jest jak ta woda spokojnie i niespiesznie płynie sobie rzeką i nagle po prostu zapada się w ziemię. Ilość wody, która unosi się w powietrze przy tej okazji jest tak duża, że nawet jeśli nie pada deszcz można zmoczyć całe ubranie chodząc po specjalnie zbudowanych platformach przy samych wodospadach. Dzisiaj byliśmy po stronie brazylijskiej a jutro lub pojutrze (w zależności od pogody) wybierzemy się na argentyńską. Spacer po brazylijskiej stronie zajął około 3 godzin, na część argentyńską trzeba przeznaczyć cały dzień. Czekam zatem z niecierpliwością :-) Tymczasem idziemy spotkać się z koleżanką zapoznaną z Couch Serfingu (serfowania na kanapie), którą poznaliśmy przez Internet.







PozdrawiamY
K&iG

sobota, 1 października 2011

PUERTO IGUAZU

Dotarliśmy :) Pierwszy etap naszego małżeńskiego tanga to sama północ prowincji Misiones, tam gdzie stykają się granice Argentyny, Paragwaju i Brazylii - Puerto Iguazu :)

Dotarliśmy oczywiście nie bez przygód - nasz autokar był fantastyczny, dopóki się nie zepsuł :P Jak na ironię 55 km od celu, ale po półgodzinnym czekaniu i szukaniu choć skrawka cienia, na parking obok stacji benzynowej zajechał brat naszego pana kierowcy - takim samym autokarem i mogliśmy ruszyć dalej. Ale poza tym drobnym niuansem - uwielbiamy autokary w Argentynie! Naprawdę siedzenia są wygodniejsze niż w samolocie, są filmy, radio, ciepła kolacja - co tam, że czasem się psują...

Jutro jedziemy oglądać Wodospady Iguazu od strony Brazylijskiej, a dziś byliśmy przy Hito Tres Fronteras czyli granicy trzech państw: my w Argentynie, na lewo Paragwaj, na prawo Brazylia. I można sobie tam tak siedzieć, popijać piwko i patrzeć co u kogo słychać.



Ponieważ internet w naszym hostelu działa nawet nieźle, to myślę, że jutro uda nam się dodać nowe zdjęcia, a tymczasem pozdrawiamy,

K&iG
`

czwartek, 29 września 2011

Ruszamy w tango!







No to ruszamy dalej w to małżeńskie tango :-)
Dzisiaj wyjeżdżamy do wodospadów Iguazu. Po raptem 19 godzinach w autokarze dotrzemy do Puerto Iguazu. Będziemy tam przez 3 dni. Dostęp do internetu jest czymś powszechnym w tutejszych hostelach więc w weekend postaramy się dodać jakiś post i zdjęcia. Tymczasem są nowe zdjęcia z B.A.  na pasku u góry.

Pozdrawiamy
K&iG.

wtorek, 27 września 2011

Aaaa ile tu się dzieje!

Nie jesteśmy w stanie pewnie dobrze opisać wszystkich naszych przygód w ostatnich dniach, ale spróbujemy. Buenos wciągnęło nas na całego. To miasto jest ogromne, największe jakie widziałem, pełne kontrastów, chaosu i porządku w jednym. Czyste a zarazem brudne, z pięknymi ulicami i z gruzem na chodnikach, z niesamowitymi wieżowcami i z rozpadającymi się slumsami. Przede wszystkim dla mnie jest największym miastem jakie dotąd widziałem. Samo centrum zamieszkuje około 2 miliony ludzi, kiedy dodać do tego dzielnice przylegające to jest to chyba około 11 milionów. Tu nie ma otwartej przestrzeni wolnej od zabudowań. Każda dzielnica w naszym wyobrażeniu mogłaby stanowić osobne miasteczko, każda ma nieco inny klimat i charakter. Ponadto odległości pomiędzy różnymi częściami miasta są ogromne. My teraz mieszkamy w Bernal, które jest oddalone od centrum B.A. (jak popularnie mówią lokalsi) o około 17-20 kilometrów. Samochodów jest tutaj na potęgę. Ale ludzie i tak przede wszystkim przemieszczają się autobusami.

 I tu chciałbym zatrzymać się na chwile przy tym znanym nam, ale jakże innym od naszego środka lokomocji :-) Zapomnijcie o spokojnej przejażdżce miejskim autobusem, który niespiesznie sunie przez miasto i ociężale rusza z każdego przystanku. Tu jest dżungla! Tu liczy się czas i tutaj trzeba być pierwszym, najlepszym! To chyba dewiza każdego kierowcy autobusu. Co z tego, że prowadzi wielki i ciężki autobus pełen ludzi, on i tak musi być szybszy od innych kierowców. Zacznijmy od tego, że wsiada się tylko przez przednie drzwi, a wysiada - a właściwie wyskakuje przez drugie i trzecie. Wsiadanie przodem spowodowane jest obowiązkiem kupienia biletu u kierowcy. Dlatego ludzie na przystankach ustawiają się w kolejce i cierpliwie czekają na autobus. Jak usłyszeliśmy i sami potwierdzamy autobusy jeżdżą często - ale nikt nie wie kiedy :-) Po dokonaniu opłaty za przejazd (zależna jest ona od odległości jaką chce się pokonać) należy jak najprędzej skierować się na miejsce siedzące - o ile jest takowe jeszcze dostępne. Jeśli nie, należy bezwarunkowo ustawić się tak, aby mieć możliwość trzymania się oburącz. Tylko taka pozycja zapewnia jako takie bezpieczeństwo podróży ;-). Ruszamy! Automatyczna skrzynia biegów sprawia, że kierowcy nie muszą poświęcać cennych sekund, wciskając gaz do dechy prą do przodu! W centrum miasta ulice mają wiele pasów w jedną stronę (od 3 do 6) każdy szanujący się kierowca będzie starał się trzymać pasa skrajnie lewego - powszechnie uważanego za najszybszy. Problem w tym, że autobus musi czasami stanąć na przystanku. Kiedy ktoś z pasażerów naciśnie przycisk, lub ktoś z czekających na autobus zamacha ręką (inaczej autobus nie stanie), kierowca rozpoczyna karkołomny manewr przebijania się ze skrajnie lewego pasa na skrajnie prawy. Nawet Sole i Eli pytane dlaczego zatem kierowcy nie jeżdżą tylko prawym pasem odpowiadają, że też tego nie są w stanie zrozumieć.. Dodatkową atrakcją są wąskie uliczki (w okolicy Bernal, w którym mieszkamy) pełne asfaltowych progów zwalniających i dziur. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś w takim tempie przejeżdżał przez próg zwalniający - już po pierwszym dniu zrozumiałem, że dla własnego komfortu nie należy siadać na samym końcu autobusu. I jeszcze na koniec detale dopełniające obraz podróżowania autobusami w B.A. Po pierwsze muzyka - każdy szanujący się kierowca pędzi przez miasto słuchając swojej ulubionej muzyki, a z nim przednie rzędy pasażerów. Dopełnione jest to wszystko czymś co charakteryzuje wszystkich kierowców w B.A. - musisz trąbić! Nie trąbisz, to tak jakby Cię nie było. Trzeba pokazać innym, że wolne ruszanie ze świateł nie wchodzi w grę (wolne tzn czekasz aż zapali Ci się zielone, normalnie rusza się kiedy czerwone pojawia się po przekątnej). Bycie pieszym też jest tu dużym przeżyciem, ponieważ pomimo przepisu pierwszeństwa pieszych nikt nie zatrzymuje się na pasach. Pierwszego dnia byliśmy z Krysią nieco przerażeni poruszaniem się po mieście, ale dziś już bez problemu podróżowaliśmy autobusem, metrem, spacerowaliśmy po centrum - chociaż spacerem bym tego nie nazwał, bo trzeba trzymać szybkie tempo chodu, żeby zgrać się z tłumem.

To teraz co tu porabiamy i jakie mamy plany.
Zwiedziliśmy już nieco centrum B.A., byliśmy w Muzeum Narodowym(MNBA) i Muzeum Sztuki Współczesnej(MALBA) - oba bardzo nam się podobały (a szczególnie argentyńska sztuka współczesna), widzieliśmy katedrę, obelisk, spacerowaliśmy po wąskich uliczkach pełnych kramów z bibelotami. Zwiedziliśmy też dzielnicę Puerto Madero - kiedyś port B.A. teraz bardzo ekskluzywna dzielnica, pełna hoteli, loftów, wieżowców, z żaglówkami w marinie, piękną promenadą i mostem. W piątek wieczorem byliśmy w pubie w Bernal i na dyskotece z muzyką południowoamerykańską. W sobotę wieczorem byliśmy na koncercie Tato - chłopaka Sole (siostry Eli) W niedzielę wieczorem byliśmy też w Palermo, dzielnicy artystów, różnorakich sklepów, a w weekend kramów - Krysia prawie nawet kupiła sobie ręcznie robione buty :-)
Konieczny będzie chyba jeszcze jeden wpis żeby opisać wszystkie przygody z weekendu. Na razie możecie zobaczyć trochę zdjęć w picasie na pasku u góry.


A co do wczoraj jeszcze.


 Tradycja nakazuje w niedzielne popołudnie około godziny 2-3 spotkać się na obiad i zasiąść do asado - czyli krowy z grilla. Cały proces przygotowania obiadu jest jak zauważyliśmy bardzo poukładany. Wujek Jurek wraz z żoną Moniką wybierają się rano do rzeźnika kupić mięso, potem jadą po mamę Moniki - Rosę i przyjeżdżają do domu. Grill należy rozpalić najpóźniej ok 11:30 i pisząc grill mam na myśli prawdziwy murowany grill. W pierwszej kolejności rozpalany jest pierwszy worek węgla drzewnego. Jak się dowiedziałem, węgiel musi się wypalić i zmienić kolor na biały (popiół) aby mięso nie miało nieprzyjemnego posmaku. Kiedy węgiel jest już gotowy można wykładać mięso - asado nie odnosi się do jednego rodzaju mięsa, chodzi naprawdę o całą krowę. My dla przykładu próbowaliśmy nerek, jelit (chyba ale pewności nie mam) kiszki (w dwóch rodzajach, jedna z orzechami włoskimi - dla mnie obie pyszne), czegoś co Wujek nazywał gruczołem, a właściwie takie tłumaczenie znaleźliśmy wspólnie w słowniku - umiejscowione jest to np przy gardle, ale też przy sercu krowy, jakieś pomysły? Chorizo - to z kolei rodzaj kiełbasy całkiem surowej, która piecze się na grillu. Wujek Jurek powiedział, że są różne szkoły pieczenia, niektórzy przekuwają je na początku przez co cały tłuszcz wycieka od razu. Inni robią to pod koniec, aby mięso nie było takie suche. Wujka metoda to na 10 minut przed podaniem - jak dla mnie rewelacja! No i na koniec zostawiłem oczywiście przepyszny kawałek mięsa vacio - to duży kawałek z boku krowy. Jest on pełen tłuszczu, nie oprawiony tak jak mięso, które kupujemy normalnie. Przez 2 godziny leży spokojnie na grillu - wcześniej nie macerowany(!) ani nie przyprawiany ziółkami czy innymi dodatkami. Mięso jest schowane pod grubą warstwą tłuszczu, dlatego nie wysycha.  Dodatkowo posolić je można dopiero po odwróceniu go na grillu - nigdy nie solimy surowego mięsa. Z tą wiedzą nie będę się mógł doczekać na kolejny sezon grillowy w Polsce (tylko gdzie taką wołowinę dobrą kupić?) Pomimo, że mięso było przepyszne (jelita nie podeszły nam aż tak bardzo) to jednak najważniejsze było nie jedzenie a spotkanie i wspólne rozmowy.
To jest niezmiernie miłe kiedy można sobie tak siedzieć i rozmawiać przy przepysznym jedzeniu, dobrym winie i wspaniałym towarzystwie! Czas przedstawić rodzinę w pełnym składzie: z lewej Cristina, Eli z chłopakiem Moi, potem Wujek Jurek, iGnacio, Tato - chłopak Sole z Sole właśnie, Monika - żona Wujka i Jej mama Rosa. Niezmiernie się cieszę, że mogliśmy tu przylecieć, zobaczyć inny kawałek świata, ale przede wszystkim poznać tych ludzi!

A z nowinek: w czwartek wieczorem, czyli w piątek nad ranem ruszamy autokarem nad wodospady i w podróż po północno-środkowej części Argentyny. Pierwszy odcinek to ok 1500km piętrowym autokarem z fotelami podobno jak w pierwszej klasie w samolocie. Postaramy się jeszcze coś napisać przed wyjazdem. Tymczasem pozdrawiamy!
K&iG.

czwartek, 22 września 2011

BUENOS AIRES it is

Trochę nie możemy w to uwierzyć. Myślami jesteśmy jeszcze w Krakowie, a ciałem przecież już na południowej półkuli! Zrobiliśmy to i to już drugi raz. W tym miejscu chcielibyśmy przeprosić wszystkie osoby z lekka poirytowane naszymi ciągłymi podróżami :-) i nie obiecujemy im, że to już będzie ostatnia...



Przylecieliśmy do Argentyny w chyba najlepszym możliwym momencie - w pierwszy dzień wiosny. Po wyściskaniu się na lotnisku w Buenos z Eli i Wujkiem, wyszliśmy na zalany słońcem parking, do tego pachnącego wiosną powietrza - trochę nam się w tym roku poprzestawiały sezony, w zimie mieliśmy lato, na wiosnę - jesień, a teraz, kiedy w Krakowie zaczęła się plucha, my przylecieliśmy do wiosny. Kwitnące drzewa! Ludzie cieszący się słońcem! No i Buenos Aires...



Pomimo dużego zmęczenia podróżą, zrobiliśmy dziś mnóstwo argentyńskich rzeczy: najpierw lunch z rodzinką we wspaniałej kuchni w Bernal - znanej części Rodziny i Znajomych z opowiadań, a części z widzenia, z tabliczką na ścianie 'Mi casa, Su casa' - oczywiście, że poczuliśmy się jak w domu :) Co do jedzenia? No, mięsko pyszne, wołowina argentyńska, do której wszyscy tak wzdychamy. 
Po szybkim prysznicu poszliśmy razem z Eli świętować pierwszy dzień wiosny tak jak wszyscy młodzi ludzie - do parku, na piknik, spotkanie ze znajomymi i oczywiście na wspólne picie mate. 
A na koniec wspólna rodzinna kolacja i  znowu same pyszności, zakrapiane winem i rozmowy przerywane salwami śmiechu.
Co jest lepsze od pierwszego dnia wiosny w Buenos? Chyba tylko pierwszy dzień wiosny w Buenos spędzony z kochaną Rodziną i przyjaciółmi :)


Jutro ruszamy na podbój miasta, a teraz już pół przysypiając mówimy dobranoc i miłego dnia :)
A na koniec jeszcze drzewko cytrynowe u rodzinki w ogrodzie ;-)










wtorek, 20 września 2011

NO TO STARTUJEMY NA NOWO ! ! !

Jest 02:00 w nocy z poniedziałku na wtorek. Ruszamy za niecałe 14 godzin :-)

Ponieważ z geograficznego punktu widzenia znowu wybieramy się na południe, to blog pozostaje bez zmian. Zapraszamy Wszystkich w podróż z Nami !


środa, 29 czerwca 2011

Aklimatyzacji w kraju C.D.

Wczoraj minął miesiąc odkąd jesteśmy już w PL. 
Trochę brakuje mi pisania bloga. Skręca mnie jak widzę wpisy Ewy i Kuby i teraz już trochę rozumiem dlaczego nie wszyscy chcieli czytać naszego bloga.. Pomyślałem jednak, że może znajdzie się gdzieś tam, gdzieś daleko jakaś mała grupka, może chociaż dosłownie grupeczka, która przeczyta coś co mielibyśmy jeszcze do napisania. Pomimo, że nie jesteśmy już na południu i  pomimo, że zaprzestaliśmy już podróży - na razie(!) to ja osobiście nadal mam ochotę opisywać rzeczywistość i dzielić się tym co u nas. Tym bardziej, że po powrocie ciągle jeszcze czuję się nieswojo i raczej stronie od dużej ilości ludzi na raz...
Nie wiem jeszcze jak należy i czy zmienić nazwę bloga - ale chętnie wezmę wszystkie propozycję pod rozwagę :-)

Odkąd jesteśmy w PL zrobiliśmy lekko ok. 2 tys. km autem. A tak naprawdę to byliśmy w Kobylcu, Zakopanem, Pyrzowicach i Ustroniu Śląskim. Ale to dlatego, że ciągle jeździmy i ciągle jesteśmy w ruchu.. Okazuje się, że przygotowania do ślubu są niewiarygodnie czasochłonne i zajmujące. W tym miejscu chciałbym wyrazić podziw dla tych wszystkich, którzy prowadzili te wszystkie przygotowania łącząc je z codziennymi obowiązkami. My mamy teraz tylko jedno zajęcie - nasz ślub. I pochłania nas to niewiarygodnie! Może trochę dlatego, że większość rzeczy planujemy sami i przez to, że wesele jest nie w knajpie tylko u nas w ogrodzie..

A teraz update najnowszych wiadomości z naszego świata :-)

MamY Obrączki!!! Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu kupno obrączek jest mega czasochłonne i trudne. Dodatkowo okazało się, że większość sieciowych sklepów jubilerskich ma niemiłą, niekompetentną obsługę. Ale po długich poszukiwaniach znaleźliśmy sklep, znaleźliśmy miłą i bardzo fachową ekspedientkę i nie znaleźliśmy obrączek. Dlatego musieliśmy sami wymyślić jakie chcemy i takie nam zrobią. :-) Termin odbioru 19 lipca - wcześniej nawet nie pytajcie o szczegóły:-)

I w dodatku mam garnitur! Jest piękny, leży idealnie, kolor grafitowy (chyba). Tylko biała koszula okazuje się być zbyt biała a nie śmietankowa, a buty są we Wrocławiu i nie wiadomo kiedy będą w Krakowie - ach te przygotowania. Ponadto Krysia też kupiła dziś buty (ślubne - piękne) i magiczne, specjalistyczne wkładki żelowe do butów. Dowiedziałem się, że ja też powinienem sobie takie sprawić, żeby było mi wygodnie. A tak w ogóle to Krysia wpadła w lekki amok kupowania butów. Kupiła 2 pary w ciągu ostatnich kilku dni i chce kupić jeszcze 2-3 pary. Do tego prawie wszystkie na obcasach - ech...
W kwestiach formalnych mamy prawie wszystko załatwione i zachodzi bardzo duże prawdopodobieństwo, że ślub się odbędzie ;-)
PozdrawiamY
K&iG.




poniedziałek, 30 maja 2011

NO TO JESTEŚMY!


Cztery starty, cztery lądowania, dwadzieścia sześć godzin w powietrzu, Brunei, Dubaj, Londyn i wreszcie - Balice. I Rodzina Nasza Kochana i Przyjaciele. Jeżeli na lotnisku nie byliśmy zbyt komunikatywni, to przepraszamy, ale jesteśmy trochę oszołomieni, jakby ktoś nas wyjął z jednego życia i wrzucił w inne - na innym końcu świata.


Chodzimy po domu i na nowo odkrywamy zapachy, dźwięki, widoki.
Otwieramy szafę (a nie walizkę! nieźle...), a tam równo poukładane ubrania - no, niby nasze, ale tak dawno ich nie widzieliśmy, że to jakby czyjaś inna szafa, jakbyśmy się mieli przebrać za kogoś innego.
Patrzymy na pudełka z bibelotami - co tam jest? Nie bardzo pamiętamy...
Zadzwoniło by się do kogoś, ale o tej porze? Nie, zaraz, pora jest dobra, nie trzeba już liczyć godzin, kombinować, czekać do poźna, albo zrywać się skoro świt :)
I wszystkie nowe, choć tak dobrze znane smaki - mleko do kawy, chleb na śniadanie - rozkosz dla podniebienia :)

Cała nasz podróż była najlepszym prezentem, jaki mogliśmy sobie sprawić - skrzynką z niespodziankami i przygodami. Nowa Zelandia rozpuściła nas swoimi widokami, nasyciliśmy oczy oceanem i plażami, wzgórzami i roślinami, a nosy zapachem powietrza - w każdym miejscu innym, ale tak niesamowicie czystym i świeżym, że nic nie może się z nim równać.
Wszyscy ludzie, których spotkaliśmy po drodze, okazali się być serdeczni i wyluzowani, uśmiechnięci i zadowoleni ze swojego życia. Właściwie to wcale się nie dziwimy, bo jak ktoś mieszka w takim pięknym otoczeniu i z taką dawką słońca na co dzień, to jak tu się nie cieszyć?
Mamy nadzieję, że przywieźliśmy ze sobą trochę tej radości i luzu - właśnie, luzu - przekonanie o tym, że nie ma się co tak przejmować rzeczami, bo z każdej sytuacji jest wyjście, trochę nas przesiąkło. Zwłaszcza, że żyjąc na takim odludziu, człowiek nabiera trochę innej perspektywy.
Nauczyliśmy się dużo o sobie z osobna i razem - wiemy już, że nie boimy się ciężkiej pracy i wiemy też, jakie proste i rozpuszczone życie prowadziliśmy w Polsce :) Odkryliśmy, że bez zaskakującej ilości rzeczy naprawdę da się żyć i nie jesteśmy jednak aż tak miastowi jak nam się wydawało :) Myślę, że przedślubny egzamin z bycia ze sobą czy jest dobrze, czy źle, zdany na piątkę :)
No i wreszcie - mieliśmy okazję przekonać się i doświadczyć, że prawdziwa przyjaźń to jest najlepsze, co może być - kiedy się jest daleko od domu, to Przyjaciele są Rodziną. Choć czasem można się nie zgadzać, albo działać sobie na nerwy, to wspólne wygłupy, rozmowy, ploteczki i wspieranie się nawzajem, przeżywanie wszystkich tych niesamowitych rzeczy razem - to było najlepsze, co nam się przytrafiło.
Dlatego Kochani Ewo i Kubo jeszcze raz, wielkie dzięki za wszystko, bez Was nasza podróż była by niepełna i na pewno nie tak ciekawa :)
Czekamy na Was z niecierpliwością!

Aha, do wszystkich naszych Znajomych w Krakowie - przepraszamy, że jeszcze nie dzwonimy i nie zapraszamy na kawkę/piwko, ale powrót do rzeczywistości mamy dość powolny - przestawienie się na czas lokalny idzie nam opornie - w dzień chodzimy ledwo przytomni, w nocy ciężko nam zasnąć - ale my się przestawimy!

PS iGnaca:
ale zawsze możecie do nas zadzwonić i próbować wyciągnąć nas na kawę :-)

Pozdrawiamy,
K&iG.

czwartek, 26 maja 2011

KOMU W DROGĘ, TEMU...

To miał być leniwy, spokojny i powolny dzień na pakowanie.
Ale wydarzenia potoczyły się zupełnie niespodziewanym torem i z naszego spokoju nici. Rano Ciocia Basia poczuła się źle, trzeba bylo wezwać pogotowie i spędziliśmy ponad pół dnia w szpitalu razem z Mateuszem przy Cioci. Na szczęście już wszystko lepiej, najprawdopodobniej jutro ją wypuszczą do domu - ale co się nadenerwowaliśmy, to nasze. W między czasie, rzutem na taśmę, udało nam się sprzedać naszą Toyotkę! Kupiła ją rodzina z RPA, małżeństwo, które ma trzy córeczki i takiego właśnie auta im trzeba. Ignac dzielnie załatwił wszystkie formalności, a nawet (na 10 minut przed zamknięciem banku) udało nam się wymienić dolary nowozelandzkie ze sprzedaży auta na dolary amerykańskie. Ufff...
Potem szybkie spotkanie z Anną, kolacja u Basi, jeszcze odwiedziny u Cioci w szpitalu i wreszcie koło 21.00 zaczęliśmy pakować walizki...Początkowy wynik - 6 kg nadbagażu (jeden kilogram kosztuje, bagatela, 90 dolarów!). Po licznych przepakowaniach, upychaniach i wsparciu ze strony Basi i Mateusza (wezmą nam część rzeczy, kiedy za miesiąc będą lecieć do Polski), uzyskaliśmy troszkę ponad 20 kg w każdej walizce. Raaaaaany...

Chcieliśmy, żeby ten wpis był bardziej podsumowujący nasz pobyt tutaj - wszystkie przemyślenia, doświadczenia i wspomnienia, ale w tym całym chaosie i zamieszaniu, będziemy to musieli zostawić na po powrocie. Choć i tak nie sądzimy, żeby dało się wszystko podsumować w jednym wpisie. Dlatego dziś podsumowujemy nasze pięć miesięcy jednym obrazkiem - będziemy wysilać mózgownice w samolocie :)



To all those who look through the photos on our blog, but can't get a thing what we're writing - we can't even express how happy we are to have met you all and what a great experience traveling through New Zealand was for us. Hope we will meet again one day - if not here, than perhaps in Poland or even somewhere else :)

Pozdrawiamy i trzymajcie kciuki za nas!

poniedziałek, 23 maja 2011

PLAN: TROPIKI - WYKONANY!


Nie chciałam zapeszać, ale z naszym wyjazdem na Rarotonga miałam związane trzy marzenia. Trochę naiwne i stereotypowe, ale moje wyobrażenie o gorących, zwrotnikowych wyspach było jasne: plaża z rosnącymi na niej palmami, wieczorna impreza na plaży z lokalną muzyką oraz drinki w skorupkach kokosa. Rzeczy, które widziałam tylko na filmach, i równie dobrze mogły należeć tylko i wyłącznie do filmowej licentia poetica - ale jednak nie! Wszystko się udało! :) czuję się, jakbyśmy z Ignacem na kilka dni zamieszkali w Raju Spełniających się Marzeń i skorzystali ze wszystkich danych nam możliwości :)
Wróciliśmy opaleni, objedzeni kokosami, omamieni kolorami i z rytmami wyspiarskich bębnów w uszach.
Meitaki Rarotonga!

plaża i palemki!

impreza przy plaży (więc prawie na plaży - muzyka na żywo - nie do zapomnienia!)

tropical smoothie :D

W Auckland przywitał na słoneczny dzień, więc pozostajemy w wakacyjnym nastroju :)

Pozdrawiamy!
K&iG.

P.S. Co z tym wulkanem na Islandii? Czy chmura pyłu zatrzyma nas jeszcze na chwilę w Kraju Długiej Białej Chmury?