Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 18 stycznia 2011

LEJE, WIĘC ŚPIMY W BACKPACKERSIE

Dotarliśmy dziś do miejscowości Tauranga przy Bay of Plenty - Zatoce Dostatku :) Cały dzień lało - w sumie to leje dalej, podobno jutro ma się troche wypogodzić. Z tego powodu nie zobaczyliśmy dziś za dużo po drodze, przy takim deszczu nie bardzo nam się nawet chciało wychodzić z auta.
[iGnac: tutaj nawet deszcz pada trochę inaczej... dzisiaj padał taki 'kapuśniaczek', ale ponieważ wiatr był silny to padał we wszystkie strony... Trudno było nawet zdjęcia robić, żeby nie zamoczyć aparatu :-( ]
Zatrzymaliśmy się tylko, żeby obejrzeć mini wodospadzik w miasteczku na 'O', którego nazwy nie możemy sobie teraz przypomnieć, ani znaleźć na mapie (Orangahapa? Okanuku? Opaheke? Orongo? Trudne to, naprawdę trudne...), następnie w Paeroa, skąd pochodzi słynny nowozelandzki napój L&P - Lemon & Paeroa. [iGnac: tą gazowaną lemoniadę mieliśmy już okazję próbować ze smakową wódką] W Nowej Zelandii, kiedy jakieś miasto słynie z jakiegoś produktu, to zazwyczaj pomnik tego produktu wielkości niesamowitej znajduje się gdzieś przy głównej drodze. Paeroa w tym względzie nas nie zawiodła - wielka butla L&P przyciąga wzrok :)



Potem zahaczyliśmy o Waihi, gdzie kiedyś była prężnie działająca kopalnia złota, a teraz już wydobywają go jakieś śmieszne ilości - choć nadal wydobywają. [iGnac: mimo że ilości wydobycia mają niewielkie to i tak widzieliśmy ze wzgórza w oddali kopalnię (chyba odkrywkową) z wielkimi 6metrowymi ciężarówkami, którę powoli jeździły po drodze na zboczu - jak powszechnie wiadomo duże autka cieszą chłopców, więc razem z Kubą byliśmy bardzo podekscytowani. Tymbardziej, że to są jedne z największych pojazdów drogowych...] Muszę przyznać, że to było interesujące miejsce - po pierwsze dlatego, że było strasznie brzydkie - pierwsze brzydkie miejsce, które widzieliśmy w Nowej Zelandii, a po drugie - mogliśmy zobaczyć stare budynki kopalni - stare w rozumieniu nowozelandzkim, czyli w rzeczywistości młodsze niż 110 lat - wiele starszych pewnie tu nie zobaczymy :)

brzydka kopalnia

Przedostatnim przystankiem było Katikati, słynące z malowideł na budynkach (murali) - głównie przedstawiających scenki regionalne - faceci w kowbojskich kapeluszach gonią strusia...no wiecie, o gustach się nie dyskutuje :) [iGnac: czytając w przewodniku o mieście pełnym murali mieliśmy wyobrażenie nowoczesnej sztuki na wielkich blokach - bo tak mniej więcej wygląda to w Europie. Obrazki w centrum wielkości małych billboardów o tematyce wiejskiej nie bardzo nas zachwyciły.]

ptaszki Pukeko

Ignaś i jego nowy kumpel

Kiedy dotarliśmy do Tauranga, deszcz osiągnął swoje apogeum, dodatkowo zerwała się straszna wichura, więc o żadnym polu namiotowym nie mogło być mowy, postanowiliśmy przenocować w backpackersie - tutejszym odpowiedniku hostelu. Nie jest łatwo znaleźć miejsce do spania dla 4 osób tak z dnia na dzień, więc mogliśmy się zatrzymać dopiero w którymś z kolei - Just the Ducks Nuts Backpackers :) W centrum miasta, ładnie położony, choć nie możemy się nacieszyć widokami przez tą pogodę, a jak wyjaśnił nam właściciel hostelu, wszystko przez to, że w okolicach Nowej Kaledonii spotkały się dwa cyklony, wiatr wiejący z prędkością ponad 200 km/h i teraz to wszystko dociera do nas, niby trochę osłabione, ale i tak trzeba uważać, żeby człowieka nie zwiało.

widok z naszego backpackersowego okna

W ramach oszczędności na kolację zrobiliśmy sobie spaghetti z puszki. I sałatkę. Smakowało jak zupa pomidorowa z sałatką, ja mam to szczęście, że lubię takie papki, ale nie wszyscy z nas byli usatysfakcjonowani - eh, życie podróżnika nie jest łatwe...ale przynajmniej już wiemy czego unikać na przyszłość. Za to wino jest tutaj tanie i dobre, z lokalnych winnic :)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

MURY AUCKLAND - URBAN STYLE

Niestety, dziś niespodziewanie potwierdziła się prognoza pogody, mówiąca, że będzie padać - jak do tej pory już kilka razy miało padać, a była piękna pogoda, ale tym razem jak lunęło, tak lało praktycznie cały dzień, z większymi lub mniejszymi przerwami. No i w związku z tym, nigdzie jeszcze nie pojechaliśmy, siedzimy dalej w Auckland. Grzesiek, kolega, u którego spaliśmy wczoraj, powiedział, że możemy się jeszcze u niego zatrzymać, jako że rozbijanie namiotu w deszczu to średnia zabawa. Zgodziliśmy się z tym w zupełności i zostaliśmy. Pokręciliśmy się trochę po centrum miasta, wymieniliśmy pieniądze, zarezerwowaliśmy miejsce na promie na południową wyspę - poniedziałek, 24. stycznia 8.00 rano - zrobiliśmy zaległe pranie, zostaliśmy profesjonalnymi użytkownikami suszarek w publicznych pralniach - suszarki obowiązkowo, bo w tym deszczu nic przecież nie schnie...
W związku z tym, że nie oglądaliśmy dziś żadnych cudów natury, proponuję zdjęcia tego, co jest wszędzie dokoła w Auckland - plakaty, napisy na murach, znaki drogowe i nie tylko - inne niż w Polsce.









Jutro, chyba niezależnie już od pogody, ruszamy dalej w drogę - bo data przeprawy na południową wyspę wyznaczona, a chcemy jeszcze zobaczyć kilka miasteczek po drodze. Więc do spania, do spania, bo chłopcy tu krzyczą, że jutro wyjeżdżamy raniutko. Dobranoc wszystkim :)

niedziela, 16 stycznia 2011

UPDATE POSTU - O QUADACH

Żeby móc pojeździć na quadach, musieliśmy się ograniczyć z bagażami do zawartości naszych kieszeni, zdjęcia z tej wyprawy były robione moim aparatem. (bo to ja, Krysia piszę). A że wczoraj faktycznie coś nam nie chciał internet przepuszczać tych zdjęć, to może dziś się uda - małe uzupełnienie zdjęciowo - filmikowe :)















tu właśnie wypożyczyliśmy quady












I jeszcze filmik z wyprawy, narazie jeden, bo drugi się nie chce załadować:





Dzisiaj będzie trochę inaczej :-)
Jesteśmy już zmęczeni i nie bardzo mamy siłe układać ładnie bloga, więc najpierw zobaczcie zdjęcia, a potem przeczytajcie wpis. Zdjęć jest dużo więcej i niedługo pojawią się na pasku na górze.
Pozdrawiamy



Cape Reinga

święte drzewo

Cape Reinga

my

u nas lato

droga na północy

wydmy

szukamy farmy z kanapą

na farmie

farma

farma

byk

my, Linsay i jej 'piesek'

Northland - 15/01/2011

Dzięki cudom techniki piszę teraz wpis siedząc na tylnej kanapie samochodu. Kuba prowadzi, Ewa go pilotuje a my z Krysią zajmujemy tył. Jest po szóstej wieczorem, a my podążamy na południe :-) Dotarliśmy dziś do Cage Reinga, świętego miejsca dla Maurysów, gdzie spotykają się Ocean Spokojny od wschodu z Morzem Tasmana od zachodu, gdzie poprzez korzenie świętego drzewa dusze zmarłych schodzą do oceanu na spoczynek. Znajduje się też latarnia morska znana z widokówek.
Zacznijmy jednak opis dnia od początku. Wstaliśmy przed 8 rano - a właściwie to Krysia wstała, a pozostała trójka starała się zwlec z łóżka... Po szybkim śniadaniu Kuba profesjonalnie zapakował bagażnik, żeby nic nie wystawało, bo to przecież Northland, ziemie, na których głównie zamieszkuje ludność rdzenna. Ostrzegano nas, żeby bardzo uważać, nie zostawiać nic w aucie na widoku, bo tutaj „strasznie kradną”. W Auckland ludzie często zostawiają samochody z otwartymi szybami nie mówiąc już o zamku, więc według nas trzeba uważać tak samo jak w Polse. Rano Krysia (wytypowana przez grupą jako najlepiej mówiąca po angielsku) zadzwoniła do firmy wynajmującej quady w miejscowości Ahipara, znajdującej się na zachodnim wybrzeżu, na samym początku 90 milowej plaży. Plaża ta w rzeczywistości liczy ok 65-70 mil czyli trochę ponad 90 km, ma status drogi i mogą po niej jeździć samochody (niestety 4x4). Tak prawdę mówiąc po samej plaży bez trudności udałoby się pojeździć naszą niebieską strzałą, ale problem stanowiłby wjazd na plaże i zjazd z niej... Dlatego postanowiliśmy odbić to sobie i pojeździć na quadach. Wynajęliśmy 2 quady Yamaha Grizzly o mocy 350cc i już ok 11 rano pędziliśmy po piasku 90 milowej plaży. Prędkość maksymalna takiego Grizzly to ok 80-90 na godzinę, zależy jak bardzo jest już wyeksploatowany. Robiliśmy ósemki na piasku, kółeczka na 3 kołach, Kuba nawet „narysował” dla Ewy serce. Pojeździliśmy chwile po okolicznych wydmach (biorąc pod uwagę, miejsce do którego pojechaliśmy później należałoby je nazwać wydemki) i po 12 ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze zatrzymaliśmy się na fish&chips w portowej miejscowości, która słynie z dobrej ryby z frytkami. Po raz kolejny popełniliśmy ten sam błąd i zamówiliśmy za dużo jedzenia. Porcje w tutejszych knajpkach take away są dla nas nie do przejedzenia...
Tutaj na chwilę przeskoczę trochę do teraźniejszości, jako że jedziemy już na resztkach paliwa i zastanawiamy się czy starczy nam do stacji - i czy ta stacja będzie otwarta?

Krysia: Stacja nie była otwarta - musimy się nauczyć, że w Nowej Zelandii trzeba tankować kiedy się nadarzy okazja, a nie kiedy kończy się benzyna ;) Na szczęście obok stacji był dom, a ludzie mieszkający w nim zgodzili się nam sprzedać trochę swojej benzyny. Na nieszczęście było jej tylko 2.5 litra, a krzyknęli sobie za to 30 dolarów - Ignacowi udało się stargować na 20 dolarów, ale to i tak rozbój w biały dzień.

Ale wszystko dobrze się skończyło, dotarliśmy gdzie trzeba, wróćmy więc do chronologii wydarzeń.
Najedzeni po samo oko ruszyliśmy w stronę Cape Reinga - ale to się nie da tak po prostu gdzieś pojechać, kiedy dokoła tyle plaż...jak to tej pory widzieliśmy tylko plaże po zachodniej stronie wyspy, czyli te pochodzenia wulkanicznego z czarnym piaskiem, a marzyło nam się pohasać po śnieżnobiałym piaseczku, o którym tyle słyszeliśmy, że słynie z niego wschodnie wybrzeże. Nie widzieliśmy - więc nie chciało nam się wierzyć że jest aż taki znowu biały.
I wreszcie dotarliśmy na Rarawa Beach - i oniemieliśmy. NAPRAWDĘ najbielszy piasek, jaki kiedykolwiek widziałam! Woda niebieściutka! Fale wysokie, idealne, żeby wypróbować nasze body boards - i nikogo jak okiem sięgnąć. Niesamowite, lokalnych chyba nie rajcują takie widoki, a że my jesteśmy wiecznie spragnieni słońca i wody, nie ociągaliśmy się nadmiernie :) Body boarding jest fantastyczny, w ogóle słońce jest fantastyczne i ocean jest fantastyczny :) Kiedy się trochę wyszaleliśmy, wyskakaliśmy i wybiegaliśmy, nasza Toyotka dowiozła nas do wspomnianego już tyle razy Cape Reinga, miejsca, gdzie kończy się Nowa Zelandia. Albo raczej - zaczyna, bo wszyscy pierwsi osadnicy przybyli właśnie tamtędy. Aha, no i tam styka się Pacyfik z Morzem Tasmana, tworząc niesamowite fale i wiry, co przez Maorysów jest uważane za symbol spotkania i połączenia mężczyzny z kobietą.

iGnac: W drodzę powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na wydmach - wieeelkich wydmach, gdzie zrobiliśmy sobie spacer księżycowy - kiedy zbiega się po stromej wydmie, nogi zapadają się w piasku i trzeba podskakiwać. Uczucie jest śmieszne, jakby inny stan nieważkości :-)
Krysia: przyznaję, że byłam straszną „męczydupą” w trakcie tej wyprawy na wydmy, ale wiało mi piaskiem w oczy, a wspinanie się na sam szczyt było naprawdę męczące...coż, nie wszystko jest dla wszystkich :)

A teraz punkt kulminacyjny dnia wczorajszego - couch surfing :)
Jesteśmy zepsutymi Europejczykami, którym wydaje się, że przebycie 150 kilometrów samochodem zajmie jakieś półtorej godziny. W NZ autostrady są raczej w miastach i służą do sprawnego przemieszczania się między dzielnicami bez stania w korkach. Poza miastem są kręte wąskie dróżki, czasami asfaltowe, a czasami szutrowe, więc podróż zajmuje o wieeeeele dłużej. Z tego powodu zanim dotarliśmy do Dargaville, było już dobrze po jedenastej. Aha, a że z zasięgiem telefonów też bywa różnie, to nie bardzo nawet mieliśmy jak dać znać Linsay, dziewczynie, która miała nas przenocować, że się spóźnimy. Ale w końcu wjechaliśmy w strefę zasięgu, udało się nam do niej dodzwonić, wpisaliśmy jej adres w gps i jadąc serpentynami dotarliśmy na miejsce. Linsay mieszka ze swoim chłopakiem na farmie - 13.000 akrów, gdzie chodują krowy i świnie. Ale nie zobaczyliśmy nic z tego aż do dziś rano - bo przyjechaliśmy ściętą nocą. Kiedy podjechaliśmy pod dom, pierwsze co zobaczyliśmy, to pies wielkości niedźwiedzia. Linsay wyszła nam na powitanie, mówiąc, że piesek (rottweiler) jest bardzo przyjazny i jeszcze rośnie, bo nie ma nawet roku. Ok :) Pokazała nam nasze pokoje i poszła spać dalej (bo właściwie to ją obudziliśmy), zostawiając dom do naszej dyspozycji. Chyba musimy się jeszcze przyzwyczaić do takiego nowozelandzkiego luzu - spóźnicie się? ok. Przyjedziecie w środku nocy? nie ma problemu. Ja idę spać dalej, a wy zajmijcie się sobą :)

Po błogim przespaniu nocy na superwygodnych łóżkach, Linsay zrobiła nam śniadanie - jajka na bekonie prosto od świnki, a potem zabrała nas na spacer po farmie i pokazała nam, miastowym typom, dojarnię, pastwiska, objaśniła jak co działa i jak wygląda ich codzienna praca.

A kiedy wróciliśmy ze spaceru i zrobiliśmy kawę, skoczyła jeszcze raz do dojarni po świeże mleko :) Couch surfing jest super :)

piątek, 14 stycznia 2011

JESTEŚMY NA PÓŁNOCY

NA POCZĄTEK tak off topic chcieliśmy bardzo, bardzo PODZIĘKOWAĆ Basi, Antoniemu, Cioci Basi i Mateuszowi, że przygarnęli nas, zajęli się nami, wykarmili za wszystkie czasy, pomogli przystosować się do zmiany czasu, udostępnili namiot i kawałek ogrodu na jego postawienie. Dziękujemy Antoniemu, że pomógł nam kupić auto - jego zdolności w targowaniu są nieocenione :-) Basiu raz jeszcze BARDZO BARDZO BARDZO DZIĘKUJEMY ZA WSZYSTKO !!!

[iGnac: W tym roku mam to szczęście, że moje urodziny będą tak naprawdę trwały 36 godzin. Zaczęły się tutaj, kiedy w Polsce był jeszcze 13 stycznia i kiedy tu się skończą, u Was dalej jeszcze będą trwały :-) to miłe. Chciałem bardzo podziękować tej trójce wariatów, którzy po wieczornym prysznicu przywitali mnie w namiocie (po 24:00 w nocy z 13 na 14 stycznia) szampanem, tortem czekoladowym i czapeczkami rodem z kinderbalu :-) ]
Impreza w namiocie była wyśmienita :-)
















Krysia:
13/01/2011 KERI KERI CAMPING
Wyprawa na północ, dzień pierwszy:

Jesteśmy na kempingu w KeriKeri na północy Nowej Zelandii, w rejonie Bay of Islands. Ale od początku...
Prawie udało nam się wyjechać od Anny o 8.00 rano, jak planowaliśmy - piszę „prawie”, bo już o 11.30 siedzieliśmy w samochodzie :) Pogoda była idealna do podróży, było ciepło, ale dość pochmurno, więc oślepiające słońce nie dawało się we znaki. Naszym pierwszym przystankiem była miejscowość Whangarei, oddalona od Auckland jakieś 2 godziny jazdy. Tutaj bardzo często operuje się czasem jako miarą odległości, nawet na znakach drogowych niekiedy zamiast ilości kilometrów pojawiają się słowa „2 hours drive”. Łatwo to policzyć, bo autostradą można jechać najwyżej 100 km/h, a że kamery i policja są wszędzie, a mandaty wysokie, to wszyscy przestrzegają przepisów.
Tuż za Auckland stanęliśmy przed wyborem - pojechać kawałek dłuższą i wolniejszą drogą, czy zapłacić za autostradę. 2 dolary to nie majątek, więc zdecydowaliśmy się na szybszą opcję. Jak zapłacić za przejazd? Nic prostszego - przed płatnym wjazdem jest stacja benzynowa. Należy się tam zatrzymać i w automacie przypominającym nasze krakowskie automaty do biletów, należy wpisać numer rejestracyjny swojego pojazdu. Zrobiliśmy to i ku naszemu zaskoczeniu, na ekranie pojawiły się informacje: Toyota Ipsum, rocznik 1996 - czy się zgadza? Jeśli tak, to proszę wrzucić 2 dolary i ruszać w drogę. Co za technika....aha, a gdyby ktoś nie zapłacił, to oczywiście po drodze są kamery, robią zdjęcie i mandacik pocztą przychodzi do domu. Zapłaciliśmy, ruszyliśmy.

W Whangarei chcieliśmy zobaczyć dwie atrakcje - jaskinie, w których żyją robaczki świecące w ciemnościach i wodospad. Po drodze najpierw było nam do jaskiń, więc zajechaliśmy na parking przy drodze w środku absolutnej głuszy. Gdyby nie jakieś strzałki, to pewnie byśmy tam nigdy nie trafili. Dobrze, że Kuba wyczytał w przewodniku, że przydatne są jakieś solidniejsze buty, bo przebraliśmy nasze japonki na sandały, a Ewa z Kubą nawet na adidasy. Aha, dodam jeszcze, że Ewa była w sukience, a ja w spódnicy.
No bo wiecie, spodziewaliśmy się jakiejś jaskini na płaskim gruncie, gdzie się wchodzi spokojnym krokiem, może jakiegoś przewodnika, który opowie coś o tych robaczkach - ogólnie myśleliśmy jak totalni turyści.
Tymczasem, podążając za strzałkami przeszliśmy najpierw przez małą polankę, minęliśmy dwa pasące się konie i zaczęliśmy przechodzić z jednego ogrodzonego pastwiska na drugie. No, ale strzałki tak nas kierowały, co było robić...Po dłuższej chwili zobaczyliśmy jakieś skałki oraz drogowskaz do pierwszej jaskini - Organ Cave. Nie zobaczyliśmy tam nic ciekawego - w szczególności wejścia - więc poszliśmy do drugiej - Medium Cave. Spotkaliśmy tam Kanadyjczyka, w pełnym rynsztunku, kasku z latarką na głowie - ok, wszyscy mieliśmy zamiar wejść do tej samej jaskini, tylko niektórzy z nas byli jak gdyby gorzej na to przygotowani ;) Ale przyjazny Kanadyjczyk powiedział, że będzie oświetlać nam drogę i że właściwie to ta jaskinia jest najłatwiejsza ze wszystkich jaskiń w okolicy, więc powinniśmy dać radę.
Jedyne, co mogę powiedzieć, to, że zejście było trudne, wnętrze pełne zakrętów, więc po chwili zapanowała najczarniejsza ciemność, a jaskiniowy strumyk sięgał nam do pół łydki - ale co tam, kiedy zgasiliśmy wszystkie światełka w komórkach (żałosne, wiem, nawet nie wzięliśmy latarki...) [tu wtrącę się ja - iGnac, mój wspaniały telefon, który dostałem od Krysi pod choinkę ma wbudowaną latarkę i był drugim źródłem światła prócz latarki kanadyjczyka] , to nad naszymi głowami zalśniły jakby setki gwiazd - niesamowity widok :)
Kolejna jaskinia, Ivy Cave - poszła nam jak po maśle ;) Bez Kanadyjczyka, licząc jeno na nasze telefony - zdobyliśmy ją :D Przypominam, Ewa w sukience, ja w spódnicy. Eh, taka karma...
[iGnac: gdyby ktoś miał zamiar ganić nas za nieprofesjonalne przygotowanie do zwiedzania jaskiń, chciałem tylko poinformować, że przed wejściem do Ivy Cave spotkaliśmy 3 nastolatków, którzy ‚zwiedzili’ ją przy świetle zapalniczki. Tak naprawdę to dzięki nim postanowiliśmy zapuścić się do środka, bo inaczej nie wiem czy byśmy się zdecydowali. To jednak jest niesamowite a zarazem przedziwne uczucie wejść do jaskini na tyle głęboko, że nie widać już światła dziennego.]
Więc od dzisiaj oficjalnie uważamy się za grotołazów :)





To są właśnie te słynne świecące robaczki, dla których ludzie wchodzą w ciemne jaskinie.

Po takich przeżyciach niewiele już mogło nas ruszyć, ale bardzo byliśmy ciekawi wodospadu. Nosi on miano tutejszej Paris Hilton - obiekt nie aż tak atrakcyjny, ale bardzo często fotografowany ;) I rzeczywiście, wielkością nie może się równać z wielkimi wodospadami, ale za to tuż u jego stóp można pływać. Tam, gdzie spada, tworzy się niewielkie jeziorko w otoczeniu skał, więc jak się człowiek trochę pogimnastykuje, to może nawet przejść bezpośrednio za niego - oczywiście zrobiliśmy to - super!
Aha, oczywiście bezpośrednio nad wodospadem nie wolno pływać ani nurkować, co absolutnie nie przeszkadza lokalnej młodzieży skakać do wody z najwyższych gałęzi drzew rosnących obok.



Na zdjęciu Krysia, Ewa i Kuba pod wodospadem



Za miejsce noclegu obraliśmy sobie kemping w miejscowości Kerikeri (nazwa oznacza kopać, kopać, czy też kop, kop - jako że miasteczko leży w dolinie - logiczne). Po drodze zahaczyliśmy tylko o Kawa Kawa, gdzie znajdują się zaprojektowane przez Hudretwassera publiczne toalety - baaaardzo w jego stylu.


Byliśmy też świadkami niecodziennej scenki: Pod knajpkę z jedzeniem na wynos podjechał starszawy gość z, powiedzmy, trzyletnim dzieckiem - gość w poncho i kapeluszu, NA KONIU, „zaparkował” konia między samochodami i poszedł zamówić coś do jedzenia. Tak po prostu. Ze wszystkich osób dokoła chyba tylko my byliśmy zdziwieni. Ech, turysty z nas, turysty...



Kemping w Kerikeri, należący do sieci Top 10, ma 4 i pół gwiazdki w pięciogwiazdkowej skali i rzeczywiście ma wszystko, czego podróżnik potrzebuje. Jest świetnie wyposażona kuchnia, z kuchenkami gazowymi, mikrofalówkami, lodówkami i tosterami. Jest pralnia i nawet deska do prasowania, toalety i prysznice z ciepłą wodą, telewizja, internet - czego chcieć więcej?Podczas zakupów w supermarkecie udało nam się tak kluczyć i grzebać, że Ignac nie zauważył jak przemycamy butelkę szampana i tort, które miały czekać na wybicie północy - początek jego urodzin. Ha, kto powiedział, że imprezy urodzinowej nie da się zorganizować w namiocie? :)

Dzień drugi. 14/01/2011

Jednak szybkie zbieranie się do drogi nie jest naszą mocną stroną...Znowu wyjechaliśmy koło 11.00, bo prysznic, śniadanko, zwijanie namiotu, no cóż...
Marzy nam się wreszcie zobaczyć plażę z bialutkim piaseczkiem, ale ciągle trafiamy na jakieś mariny, kamyczki, skaliste zatoki, a w ogóle to cały czas pochmurno - co jest??
Jedziemy więc dalej na północ, dziś, albo jutro dotrzemy na sam północny koniuszek północnej wyspy, gdzie zderzają się Morze Tasmana i Ocean Spokojny. A narazie otaczają nas pagórki i góry północy i wszechobecna zieleń.



iGnac: kiedy Krysia robiła ten wpis dzień nie zaczął nam się najlepiej. Ani plaża nie była zbyt ciekawa,  nie zdecydowaliśmy się również na wycieczkę statkiem do Hole in the Rock na Bay of Islands. Uznaliśmy po dłuższej dyskusji, że lepiej jechać bardziej na północ.
Teraz jesteśmy na kolejnym kempingu sieci Top 10 tym razem w KariKari (nie mylić z KeriKeri, w którym zatrzymaliśmy się wczoraj...) Pomimo kiepskiego poranka, popołudnie mieliśmy niesamowicie udane. W tym momencie moi kompani przygotowują kolację urodzinową i zaraz będziemy jeść pyszności. Dziś pozwoliliśmy sobie na trochę szaleństwa i śpimy w takim małym domku kempingowym z kuchnią. Mamy łóżka i wyposażoną kuchnię (stąd możliwość gotowania).
Popołudnie spędziliśmy pływając w małej cichej zatoczce na tzw. body boards - czyli takich styropianowych, metrowych deskach, na których świetnie można bawić się na falach. Udało nam się pożyczyć je od Nikky, która co prawda nie zrozumie tego wpisu, ale jesteśmy jej bardzo wdzięczni:-)

to jest nasza dzisiejsza niebiańska plaża :-)
....już po kolacji
Brzuchy najedzone, teraz czeka na nas urodzinowy Jack i jego koleżanka Cola.
Jutro Cape Reinga (wspomniany koniuszek wyspy), wydmy piaskowe, jeżeli się uda to wycieczka na quadach. Na wieczór chcemy dojechać do Dargaville, gdzie skorzystamy z darmowego noclegu w ramach couch surfingu u miłej 27 letniej kiwuski, która zaprosiła nas do siebie. Dla nie wtajemniczonych couch surfing to ogólnoświatowa sieć kontaktów -  nocowanie ludzi za darmo w domu na kanapie :-)